Joachim Rogall
Joachim Rogall
267,359
Artykuł opublikowany został w nr. 27/2002 czasopisma BORUSSIA (tytuł numeru: »Tylko dialog? Polsko-niemieckie rozmowy o wspólnej historii«) We współpracy ze Wspólotą Kulturową »Borussia« prezentujemy poniżej jego wersję elektroniczną.

Tłumaczenie: Małgorzata Domaniewska

Ten, kto spodziewał się po przełomie z 1989 roku zapoczątkowania wielkiego nowego rozdziału w dziedzinie niemiecko-polskiej wiedzy historycznej, rozczarował się. Zarówno tematy, jak i postaci tej sceny pozostają na razie po obu stronach te same. Zmiana pokoleniowa natomiast rozpoczęła się już przed 1989 rokiem.

Współpraca niemieckich i polskich historyków istniała również wtedy, choć oczywiście dostęp do niektórych źródeł jest obecnie w Polsce łatwiejszy, wystarczy wymienić archiwum partyjne czy określone zasoby specjalne.

Pogłębione opracowywanie wcześniejszych tematów tabu zaczęło się jeszcze przed przełomem ‘89 roku. Sztandarowymi przykładami są problemy mniejszości niemieckiej w Polsce oraz problemy wypędzenia ludności niemieckiej z terenów przez nią zajmowanych. Już od połowy lat osiemdziesiątych polscy historycy, a również i socjologowie, zajmowali się tymi, przez długi czas w Polsce częściowo przemilczanymi czy zafałszowanymi, tematami. Wówczas jednak nie znajdowali partnerów do dyskusji, bowiem w tym okresie po niemieckiej stronie owe tematy najczęściej stanowiły jedynie pole rozgrywek dla związków wypędzonych. Nie licząc wyjątków, strona niemiecka zajęła się tymi zagadnieniami rzeczywiście dopiero po politycznym przełomie. Polska w tej dziedzinie także jeszcze dzisiaj wyprzedza dokonania niemieckich historyków. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych niemiecko-polska grupa historyków opracowała wspólnie znaczący projekt – chodzi o dokumentację wypędzenia stworzoną na podstawie polskich źródeł. Rezultaty prac są na razie gotowe w języku polskim, a niemieckie wydanie jest w toku.

Pojawiły się nowatorskie dokonania w sferze historii społecznej, historii środowisk, badań nad płcią (gender studies) czy równouprawnieniem języków. Organizowano spotkania niemieckiej i polskiej młodej kadry historyków, gdzie obydwa języki mogły być równoprawnie używane, ponieważ i niemieccy, i polscy uczestnicy język drugiej strony opanowali przynajmniej w sposób bierny.

Niestety, zniesieniu granic politycznych i ideologicznych towarzyszyło stworzenie granic finansowych. W Niemczech, które we wspólnych projektach z reguły były głównym, o ile nie jedynym sponsorem, koszty zjednoczenia doprowadziły do redukcji tego typu wsparcia finansowego. Wiele projektów nie postępowało więc tak szybko, jakby sobie tego życzono. Jednak Fundacja Współpracy Niemiecko-Polskiej, dzięki swoim znacznym środkom, również »niemieckiego pochodzenia«, wspomagała tę działalność. Szkoda, że – w przeciwieństwie do stanu z czasów przełomu ‘89 roku, kiedy to w stosunku do skąpych możliwości współpracy niemieckich i polskich historyków tych środków było relatywnie dużo – dzisiaj mamy do czynienia z sytuacją odwrotną.

Tradycyjnie w Niemczech jedną z podstaw instytucjonalnego wsparcia niemiecko-polskiego dialogu historyków stanowił obszar tak zwanych badań wschodnioniemieckich. Wywodząc się z »Ostforschung« (badań wschodnich), mając na celu zachowanie dziedzictwa kulturowego obszarów wcześniej zamieszkanych przez wypędzoną po wojnie ludność niemiecką, a na uwadze obowiązek Bundu i landów z uwagi na słynny paragraf 96 Ustawy o wypędzonych i uchodźcach (BVFG), w latach osiemdziesiątych i instytucje, i tematy dotyczące stosunków niemiecko-polskich zmieniły się zasadniczo, zmienili się także uczestnicy tej sceny. Byli to coraz częściej młodzi naukowcy bez kompleksu »wypędzonych«. Szukali w tych instytucjach możliwości dialogu z polskimi partnerami i nadrabiali zaległości w zgłębianiu wspólnej historii. Wystarczy wspomnieć choćby Institut Norddeutsches Kulturwerk (Instytut Północnoniemieckich Dokonań Kulturalnych) w Lüneburgu czy Bundesinstitut fuer Ostdeutsche Kultur und Geschichte (Związkowy Instytut Kultury Wschodnioniemieckiej i Historii) w Oldenburgu. W erze Kohla państwo przekazało do dyspozycji w miarę duże środki na badania »wschodnioniemieckie«, utrzymywało też dużą liczbę instytucji, których praca była zresztą różnej jakości. Kraje związkowe zaczęły się jednak w coraz większym stopniu uchylać od zobowiązań wynikających z paragrafu 96 BVFG; przy czym rządzący ze strony CDU manifestowali to w sposób bardziej subtelny niż działacze SPD. Z początkiem rządów koalicji »czerwonych« z »zielonymi« Gerhard Schröder przekazał badania »wschodnioniemieckie« z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Pełnomocnikowi Związkowemu ds. Kultury i Mediów. Przeprowadził w zamierzeniu właściwą, a w praktyce nie w całości konsekwentną reformę instytucjonalnego i merytorycznego wsparcia. Łączenie lub zamykanie instytucji oraz rewizja programów działania były konieczne, niemniej powstało wrażenie, że wylano nieraz dziecko z kąpielą, postępując szybko bez solidnie przemyślanego planu, mało tego – częściowo kierując się ideologicznymi uprzedzeniami. A przecież w tym pokładano nadzieję.

Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie, mający rzeczywiście innowacyjny charakter, stał się z czasem jednym z ważniejszych, jeśli nie najważniejszym aktorem niemiecko-polskiego dialogu historyków. Zajmuje kluczową pozycję i wspiera ów dialog w sposób prawie idealny. Dzięki publikacjom – tłumaczonym z niemieckiego na polski lub z polskiego na niemiecki – forum do obustronnego dialogu znacznie się poszerzyło. Zarówno zespół Niemieckiego Instytutu Historycznego, jak i jego poważni partnerzy z grona polskich historyków wykorzystali po 1989 roku dogodny moment i zainicjowali nowy początek. Stypendia i czasowe miejsca pracy dla młodej kadry z obu krajów pozwalają zaistnieć nowym pokoleniom historyków w niemiecko-polskim dialogu.

Historia regionalna łączy nie tylko badaczy profesjonalnych oraz historyków amatorów z Niemiec i Polski, stanowi swego rodzaju wehikuł transportujący przekonania ze swoistych wież z kości słoniowej stojących po obu stronach granicy w stronę społeczeństwa. Nadal wyraźnie widać znikomy stopień upowszechnienia współczesnego obrazu historii podzielanego przez większość niemieckich i polskich historyków. Zarówno w Niemczech, jak i w Polsce wiedza na temat wspólnej historii, nie licząc kręgu zawodowych historyków, nie wyszła daleko poza stare mity.

Różnica polega co najwyżej na tym, że prawie u wszystkich Polaków widać zainteresowanie i znajomość niemiecko-polskiej historii, nawet jeśli niejednokrotnie są one jednostronne i zniekształcone, w Niemczech natomiast wśród młodszych pokoleń często nie doszukamy się ani wiedzy, ani zainteresowania historią niemiecko-polską, nawet historią dawnych ziem niemieckich nad Odrą i Nysą. Przypuszczalnie wielu ludziom wydaje się, że ze względu na nazistowski kompleks winy zajmowanie się niemiecką historią tych terenów jest po prostu niestosowne. Nie pomylimy się zbytnio, przypuszczając, że w Niemczech następnej generacji Grass, Lenz i Bobrowski będą postrzegani co prawda jeszcze jako autorzy niemieccy, ale pochodzący z Polski. Decyduje tu fakt, że dzisiejsze granice polityczne i narodowe staną się standardem patrzenia w przeszłość. Jednocześnie te dawniej niemieckie, a dzisiaj polskie tereny mogłyby tworzyć duchowe mosty ku Polsce i jej historii.

Gdyby w Polsce zapytać przeciętnego mieszkańca Opola, Kołobrzegu czy Olsztyna o historię jego górnośląskiej, pomorskiej lub warmińskiej ojczyzny, to dowiedzielibyśmy się, że wpływ »Nie-Świętego Przymierza« komunistów i nacjonalistów po ‘45 roku, rozpowszechniających sklejone naprędce i niepasujące do siebie kawałki obrazu historii o »ziemiach odzyskanych«, nadal triumfuje. Tutaj nie można tak szybko nadrobić zaległości, niemniej najlepszy efekt dają działania, w których szuka się odniesień do konkretu o charakterze typowo lokalnym.

Należy podkreślić, że dziś nie ma »słownej obstrukcji« pomiędzy niemieckimi i polskimi historykami. Niemieccy historycy badający tereny Polski na ogół posługują się językiem polskim nie tylko biernie, ale i aktywnie. Oni dobrze poradzili sobie ze zmianą pokoleń. Młoda kadra nie jest już obciążona tym problemem.

Stare powiedzenie polonica non leguntur od dawna ich już nie dotyczy. Oni pracują sine ira et studio, ponieważ nie należą do generacji skrępowanej określonymi przeżyciami. Ich nastawienie emocjonalne względem niemiecko-polskich stosunków z reguły bierze początek już nie w postrzeganiu własnego czy rodzinnego pochodzenia, lecz co najwyżej w kontaktach z polskim partnerem życiowym lub przyjacielem. Prawda, że nie odbierają jeszcze tematyki niemiecko-polskiej tak normalnie jak na przykład historii stosunków niemiecko-francuskich. Widać to wyraźnie, gdy słyszy się w rozmowach, także prowadzonych w języku niemieckim, polskie nazwy miejscowości. Nadal działają tu ideologiczne obozy »zimnej wojny«, kiedy to użycie niemieckiej nazwy Breslau zamiast polskiej Wrocław postrzegano jako rozróżnienie pomiędzy »rewanżystami« a »zwolennikami odprężenia«. Dzisiaj w kręgach historyków nierzadko polscy koledzy, mówiąc po niemiecku, stosują słowo »Breslau«, a tymczasem u niemieckich słyszymy »Wrocław«.

Polska ma wspaniałych historyków światowej rangi, którzy mówią po niemiecku świetnie, prawie na poziomie języka ojczystego. Nie tylko wówczas, gdy specjalizują się w tematyce niemiecko-polskiej. Najlepsi spośród nich nie spłycają i nie traktują historii wyrywkowo, jak bywało niegdyś. Są dla swoich niemieckich kolegów wymagającymi i inspirującymi partnerami. Jednak nie wszyscy. Funkcjonują jeszcze polscy historycy tzw. narodowi, którzy poprzez czasy komunizmu aż do 1989 roku rozwijali polską ideę zachodnią, powstałą niegdyś w konfrontacji do »Ostforschung« (niemieckich badań wschodnich). Prześcigali się wzajemnie w udowadnianiu polskiego charakteru terenów nad Odrą i Nysą.

Ale dopóki strona niemiecka, jak to się dotąd działo, gotowa będzie tolerować ten nadal istniejący częściowo jawny szowinizm oraz nacjonalizm niektórych polskich kolegów, to wzajemna współpraca ułoży się.

Dobrze się dzieje, gdy po niemieckiej stronie wyciąga się trupy z szafy historii, krytycznie oceniając rolę naukowców, którzy zajmowali się Wschodem w czasach nazizmu, wliczając w to niektórych czołowych historyków interesujących się Polską i Europą Wschodnią także po ‘45 roku. Jak można wiarygodnie stwierdzić, czy byli tylko oportunistami, czy może po zakończeniu wojny dokonało się prawdziwe oczyszczenie? Przecież w Niemczech mieliśmy teraz już drugi raz do czynienia z »godziną kameleonów«, czyli z prawie identycznymi wzorami zachowań.

Po niemieckiej stronie większość tych dinozaurów »Ostforschung« zeszła już ze sceny naukowej za sprawą podeszłego wieku. Ale po polskiej stronie ich koledzy od »badań zachodnich« są wyciosani z twardszej bryły i zaludniają jeszcze »Park Jurajski historyków«, pojawiają się na posiedzeniach, konferencjach, są obecni w publicystyce. Fakt, że strona niemiecka tak obchodzi się z tymi polskimi »starymi bojownikami« historii, jakby uważała ich gadaninę o narodowym zadaniu (polskich) historyków i ich wizję dotyczącą na przykład historycznych polskich praw do terenów nad Odrą i Nysą, za absolutnie przydatną społecznie i poprawną, można wyjaśnić co najwyżej respektem w stosunku do ich losu w czasach wojny i okupacji. Ale i tu powinny istnieć granice tolerancji – przede wszystkim dlatego, że po polskiej stronie młoda kadra zerwała z tym dziedzictwem. Wypadałoby docenić, że niejeden polski »stary bojownik« wspierał także ucznia, który reprezentował inne niż on poglądy. Funkcjonują też polscy historycy średniego, a nawet młodszego pokolenia, którzy pielęgnują jawnie narodowy obraz historii i nie potępia się ich w Polsce z tego powodu. Co prawda nie głoszą swoich poglądów niemieckim kolegom otwarcie, jednak ich prawdziwe przekonania są w środowisku powszechnie znane. Pozostaje mieć nadzieję, że rozpocznie się tu podobna ewolucja jak w przeszłych dziesięcioleciach po niemieckiej stronie.

Zalążków wspólnych badań i publikacji jest całe spektrum. Zbiór dokumentów z polskich archiwów dotyczących wypędzenia Niemców już został udostępniony i przekazany. Pozostają jednakże dezyderaty, na przykład wspólna niemiecko-polska książka do nauczania historii lub wspólnie napisane historie regionów – Śląska, Pomorza czy Prus Wschodnich. Publikacje dotyczące historii Śląska, które ukazały się do tej pory, są całkowicie albo niemieckiego, albo polskiego pióra.

Abstrahując od tego, że do pisania historii Śląska muszą zostać włączeni i czescy historycy regionu opawskiego, to w przyszłości do tego »zespołu« powinni być dokooptowani również historycy z innych krajów. Można śmiało stwierdzić, że istnieje zainteresowanie taką współpracą.

To, że Brytyjczyk Norman Davies napisał historię Wrocławia[1], która następnie ukazała się równocześnie w języku angielskim, niemieckim i polskim, jak dotąd nie zostało entuzjastycznie przyjęte ani po niemieckiej, ani po polskiej stronie. Niektórym Niemcom Davies wydaje się podejrzany, z powodu żony Polki, o zbytnie ciążenie w stronę Polski. Z kolei dla niektórych Polaków jest niewygodny z przyczyny »historycznie poprawnego« przedstawienia Wrocławia przed 1945 rokiem, w którym zdecydowanie przeważali Niemcy.

Przykład tematu wymagającego wolnego od mitów, pogłębionego opracowania stanowi kwestia niemiecko-żydowsko-polska. Przypadek Jedwabnego, który nie jest odosobniony, ukazuje trudności z całym kompleksem tematów, przede wszystkim po stronie polskiej. W porównaniu z tym zagadnienia związane z wypędzeniem Niemców jawią się dzisiaj jako prawie wolne od problemów. Podobnie jak wcześniej, tak w obecnym przypadku Jedwabnego można zaobserwować u niektórych polskich historyków postawę obronną, rodzaj narodowej solidarności z polskimi sprawcami. Co ważne, również wśród tych historyków, których trudno podejrzewać o nastawienie antysemickie, a w kwestii wypędzenia Niemców – o nastawienie komunistyczne.

[1] N. Davies, R. Moorhouse, Mikrokosmos: Portret miasta środkowoeuropejskiego, Wyd. Znak, Kraków 2002 – przyp. red.

      • Seitenanfang