Hubert Orłowski
Hubert Orłowski
270,359
Artykuł opublikowany został w nr. 27/2002 czasopisma BORUSSIA (tytuł numeru: »Tylko dialog? Polsko-niemieckie rozmowy o wspólnej historii«) We współpracy ze Wspólotą Kulturową »Borussia« prezentujemy poniżej jego wersję elektroniczną.

Wiemy o sobie niemało, wiemy o sobie dużo, a może nawet bardzo dużo, głównie jednak z zakresu historii zdarzeniowej. Ale czy na pewno wiemy to, co dziś znacznie ważniejsze, mianowicie jak powstawały wyobrażenia naszych narodów o sobie samych, a więc z obszaru nation building. Bowiem te wyobrażenia stanowią – chyba że potraktujemy bieg dziejów wyłącznie w kategoriach krótkiego trwania – trwałe podłoże współczesnych nastawień. Również do sąsiada.

Ankieta »Borussii« trafia w sedno niepokojącej mnie już od kilku lat sprawy, którą to usiłowałem całkiem niedawno wyłożyć na właśnie jej łamach. Mam na myśli tekst »Przeciwko krótkiemu oddechowi historii«[1], czyli o Poznańskiej Bibliotece Niemieckiej. Odpowiadając (nie dosłownie) na pytania Redakcji, nawiązuję do pewnych wątków tego właśnie tekstu.

Moje od lat niezmienne sympatie dla warsztatu historii społecznej literatury, semantyki historycznej i historii pojęć nie mogą nie zaważyć na sformułowaniu katalogu deficytów nie tyle może nawet badań wspólnych, co wypracowania pola badań o pokrewnej hierarchii metod. Problem polega chyba nie na niemożności dogadania się historyków (polskich i niemieckich) jako takich, ale na szczątkowej obecności w polskich badaniach historycznych pewnych szkół czy subdyscyplin, szczególnie przydatnych przy prowadzeniu dialogu badań nad »stykami« w dziejach obu narodów. Na myśli mam zwłaszcza brak zainteresowania ze strony polskich historyków wspomnianym już konceptem nation building, dalej: procesami cywilizacyjnymi i społecznymi, zachodzącymi na naszych ziemiach i na pograniczu polsko-niemieckim. To nie całkiem tak, powie obrońca polskiej historiografii, wymieniając wielkie i znaczące nazwiska; powiedzmy Antoniego Mączaka, Jerzego Jedlickiego... Wyjątki te potwierdzają jednak zastanawiającą regułę: tylko niewielka część polskiego środowiska historyków nie ma uprzedzeń do praktycznego stosowania metod historii społecznej. Jest rzeczą znamienną, iż dwie najnowsze, powiedziałbym paradygmatycznie nowatorskie syntezy dziejów nowożytnych Niemiec – mam na myśli dzieło Thomasa Nipperdeya Deutsche Geschichte (Dzieje Niemiec 1800–1918) i niedokończoną jeszcze wielotomową Deutsche Gesellschaftsgeschichte (Historia społeczna Niemiec 1700–1918–?) Hansa-Ulricha Wehlera – nie spotkały się z żadną poważną refleksją w postaci recenzji, artykułów dyskusyjnych czy kontrpropozycji.

Katalog deficytów, nieułatwiających z jednej strony poszerzania samowiedzy o nas samych, z drugiej zaś niesprzyjających zasiedleniu właściwego miejsca w scientific community, acz niezbyt rozbudowany, jest wcale dotkliwy. Wymienię tylko najbardziej spektakularny, dający wyobrażenie o skali problemu: Nie dysponujemy, i długo jeszcze dysponować nie będziemy, wielkimi leksykonami polskiego języka politycznego, filozoficznego i społecznego. Nasi zachodni sąsiedzi natomiast mogą się pochwalić aż trzema–czterema. Przywołam przynajmniej jeden, ale za to najważniejszy, mianowicie leksykon »Geschichtliche Grundbegriffe. Historisches Lexikon zur politisch-sozialen Sprache in Deutschland« (Podstawowe pojęcia historii. Leksykon historyczny języka polityczno-społecznego w Niemczech). To ogromne siedmiotomowe dzieło, wydawane od 1972 roku, zawiera na przeszło 6800 stronach dużego formatu – nie licząc tomu ósmego o objętości przeszło 2000 stron – 119 haseł o kluczowych pojęciach niemieckiego języka społeczno-politycznego czasów nowożytnych. Otóż takiego słownika nam brak, i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miał się taki leksykon pojawić, podobnie jak brakuje nam słownika historycznego polszczyzny drugiej połowy XX wieku.

Déja-vu: Kogóż nie prześladują takie doświadczenia?! Mnie dręczy przeświadczenie o wtórności naszej dzisiejszej »epoki felietonu«. Przyglądając się od lat przygodnemu i instrumentalnemu traktowaniu przeszłości, zwłaszcza zaś – i to zgoła niezależnie od warunków ustrojowych – tej mnie bezpośrednio interesującej, a więc jak najszerzej rozumianych stosunków polsko-niemieckich, nie mogę nie przywoływać wstępnych refleksji z powieści Gra szklanych paciorków Hermanna Hessego. Bo właśnie tam przeczytać można o tzw. epoce felietonu rzeczy ciekawe. Felietonów produkowano

miliony, gdyż stanowiły ulubioną część materiałów codziennej prasy i zasadniczy pokarm żądnych edukacji czytelników, opowiadały, czy raczej ‚gawędziły‘, o tysiącach zagadnień naukowych, a wydaje się też, iż co mądrzejsi spośród owych felietonistów częstokroć naśmiewali się z własnej roboty. Ziegenhals [badacz, tropiący w powieści Hessego ‚epokę felietonu‘ – przyp. aut.] przynajmniej wyznaje, że natrafił na liczne takie prace, które skłonne jest uznawać za autorskie persyflaże, gdyż inaczej byłyby całkiem niezrozumiałe. […] Producenci owych igraszek należeli po części do redakcji gazet, po części byli ‚wolnymi‘ pisarzami; często nawet poetami ich nazywano, lecz bardzo wielu spośród nich należało – zdaje się – także do stanu uczonych, bywali nawet sławnymi profesorami wyższych uczelni. Ulubionymi tematami takich artykułów były anegdoty z życia wybitnych mężczyzn czy kobiet oraz ich korespondencja, a zatytułowane były na przykład: ‚Fryderyk Nietzsche a moda damska około 1870 roku‘ albo ‚Ulubione potrawy kompozytora Rossiniego‘, albo ‚Rola piesków pokojowych w życiu wielkich kurtyzan‘ – lub podobnie.

Nad profetycznymi narzekaniami Hessego z roku 1943 należałoby pochylić się z należytą uwagą. Tendencje, o których mowa w tej wielkiej powieści utopijnej Hessego narastają i daleko do ich zaniku. Sedno problemu tkwi przy tym nie tyle w samym triumfalnym pochodzie »felietonizmu« (jako formy oglądu świata) przez medialną przestrzeń publiczną, co w jego (nasilającym się!) przenikaniu na obszar nauki właściwej, w znaczącym jej zawłaszczaniu przez przygodność i instrumentalność.

Grzechu pierwszego współczesnego »felietonizmu naukowego« upatrywałbym w sprowadzaniu warunków brzegowych statusu nauki do parametrów wiedzy stosowanej, czyli eksperckiej; główne kryterium to wyłącznie odpowiednio zaktualizowana przydatność. Szczególnym przypadkiem sprowadzania nauki do parteru przydatności jest (nadal) rocznicowe traktowanie problemów badawczych. Choroba rocznicowa niepokoić musi z uwagi na bardziej ochocze obdarowywanie przez stosowne elity polityczne »słusznych« w danej chwili, a więc »swoich« rocznic. Dochodzi wtedy do merytorycznego korumpowania (również) młodszego pokolenia badaczy, z drugiej zaś strony prowadzi do zmniejszania środków na badania spoza potrzeb rocznicowych. W konkretnych przypadkach dochodzi nawet do instrumentalizacji na potrzeby bieżącej polityki. W tej kwestii nie jestem bynajmniej odkrywczy. Janusz Tazbir tak pisze o tej przypadłości w piśmie »Nauka« (nr 2, 2000):

»Historia staje się poniekąd nauką pomocniczą obchodo- czy rocznicomanii. Dotyczy to zarówno wielkich postaci, jak i wydarzeń czy wreszcie dziejów miast. […] U nas rocznice pociągają za sobą wydawanie, obok wartościowych prac, całej masy narodowej hagiografii. W niewielkim tylko stopniu służą one dalszemu rozwojowi badań nad problemem czy człowiekiem.«

Z tej niezbyt optymistycznej diagnozy stanu wiedzy o Niemczech narodził się na początku lat dziewięćdziesiątych pomysł powołania do życia serii wydawniczej, która wypełniałaby »martwe pole« naszej współczesnej wiedzy humanistycznej, serii, która wyszłaby poza opłotki jednej tylko dyscypliny akademickiej. Dla idei tej pozyskałem wówczas profesora Christopha Kleßmanna z Uniwersytetu Poczdamskiego, wychowanka słynnej bielefeldzkiej szkoły historii społecznej.

Konstruktywne credo wymyślonej serii wypowiada się pośrednio również o wspomnianych już wyżej deficytach, a mianowicie następująco:

»Sąsiedztwo niemiecko-polskie zobowiązuje [...] do rozumnej refleksji. Jej warunkiem koniecznym, choć bynajmniej niewystarczającym, jest znajomość myśli, drążących proces Nation-Building społeczeństwa niemieckiego. Stąd wziął się zamysł przyswajania refleksji autorów niemieckich nad własnym narodem, jego kulturą i cywilizacją. Stąd nie zdarzeniowość, lecz mentalność, nie (niegdysiejszy) news historyczny, lecz habitus, znajdują się w centrum zainteresowania redaktorów serii. Poznańska Biblioteka Niemiecka przynosi teksty nie tyle z samej nazwy niemieckie, co z racji pochylenia ich autorów nad własnym społeczeństwem i jego uwarunkowaniami. Dlatego obok historyka społecznego pojawia się pisarz, socjolog, filozof. Różna jest również struktura poszczególnych tytułów. […] Biblioteka postrzega refleksję w kategoriach ‚długiego trwania‘. Odnajduje tam bowiem szczególność nowożytności niemieckiej: w spowolnionym procesie mieszczanienia, w paradygmacie konfesjonalizacji, w ewolucji oświeceniowej filozofii państwa, w pruskiej i popruskiej kulturze prawnej, w pragmatyzmie świadomości potocznej, we współuzależnieniach ideologii i modernizacji, kultury masowej i myśli elitarnej.

Daleki jestem wszakże od złudzeń, by z refleksji nad przeszłością kulturową dało się wyprowadzić jakieś dorzeczne wnioski dla przyszłości. Bliska mi jest – za Alexandrem Demandtem – »uboga« definicja sensu historii:

»Historia nie jest rzeką, drogą, księgą ani tragedią. Historia nie rośnie i w historii też nic nie rośnie, niczym dziecko albo drzewo. Historia się nie porusza, nic nie porusza się w »historii« – ani do przodu, ani do tyłu, ani w górę, ani w dół, po linii prostej albo po kole. Historii się nie robi, tak jak buduje się dom albo tka się kobierzec, nie gra się jej niczym dramatu, partii szachów albo symfonii. Jedyne, co o historii można powiedzieć, to to, że się dzieje. A to nie mówi zupełnie niczego.

Reinhart Koselleck w eseju O sensie i bezsensie dziejów ujął to jeszcze dobitniej:

Dzieje nie są bowiem ani sądem, ani alibi.

Historia niczego nie uczy, a jeśli już, to wyłącznie jednego: że toczy się ona całkiem inaczej, przeciwnie do pragnień tzw. podmiotów historii. Niemiecki Instytut Polski w Darmstadt zamierza, i to wcale konkretnie, rozpocząć wydawanie odpowiednika Poznańskiej Biblioteki Niemieckiej, mianowicie Polnische Bibliothek Wissenschaft. Nazwiska autorów i tematyka pierwszych (zaplanowanych) tomów pozwalają mieć nadzieję, iż dojdzie do przerzucania pomostów i z naszej strony ku niemieckiemu brzegowi. Nie sposób jednak przesądzić, czy zachęci to naukowców młodszej i najmłodszej generacji do sięgnięcia po metody historii społecznej i dokonań cywilizacyjnych.

[1] Zob. »Borussia. Kultura. Historia. Literatura« nr 22/2000, s. 220.

      • Seitenanfang