Michael G. Müller
Michael G. Müller
273,359
Artykuł opublikowany został w nr. 27/2002 czasopisma BORUSSIA (tytuł numeru: »Tylko dialog? Polsko-niemieckie rozmowy o wspólnej historii«) We współpracy ze Wspólotą Kulturową »Borussia« prezentujemy poniżej jego wersję elektroniczną.

Tłumaczenie: Jolanta Pawłowska

Czego należy oczekiwać od dialogu między dwoma narodowymi historiografiami? Bardzo dużo, aby profesjonalnie i wspólnie, jeżeli to tylko możliwe, opracować stosunki między dwoma narodami. Niezbyt wiele jednak, jeżeli mowa o intensywności działań i społecznej reakcji na regularną współpracę i komunikację między dwoma środowiskami historyków. Dialog między polskimi a niemieckimi historykami rozwijał się po roku 1989 mniej spektakularnie, niż tego oczekiwano. I to właśnie zbyt wielkie oczekiwania są źródłem takich opinii, a nie rozczarowanie rezultatami. Trudno zaprzeczyć, że można teraz opracowywać nowe, wcześniej blokowane tematy, i to wspólnie, przy pomocy nowych metod; poza tym odbywa się to w nowych formach instytucjonalnych i w coraz młodszym gronie historyków. Przejście od dialogu do współpracy, o którym to w latach osiemdziesiątych mówiło się jako o najważniejszym zadaniu na przyszłość, rzeczywiście się dokonało. Świadczą o tym nie tylko szeroko zakrojone badania dotyczące »kompleksu wypędzenia«, ale także mniej wyraziste pod względem społecznym projekty związane z badaniem pojęcia tożsamości historycznej, porównawczych analiz z zakresu historii społecznej lub historii płci [gender studies]. Przede wszystkim trzeba zauważyć, że dialog polsko-niemiecki startował po przełomie z bardzo wysokich pozycji, a postępy uczynione po roku 1989 wydają się nieznaczne w porównaniu z tym, co osiągnęliśmy w ciągu poprzednich dwudziestu lat. W każdym wypadku dotyczy to dyskusji o stosunkach bilateralnych w ścisłym tego słowa znaczeniu. Już przed rokiem 1989 niemieccy historycy bardziej szczegółowo i bardziej regularnie dyskutowali z polskimi kolegami o stosunkach dwustronnych niż z kolegami z Francji, Szwajcarii czy Niderlandów. I już przed rokiem 1989 dialog ten szybciej i skuteczniej zmienił narodowe stereotypy niż w przypadku innych sąsiadów. Wziąwszy pod uwagę zaległości w przypadku stosunków polsko-niemieckich właśnie, stało się to oczywiście konieczne, poza tym nie wszystkie blokady udało się do końca usunąć. Mimo to, po roku 1989, kiedy padły ostatnie polityczne przeszkody, można było rozpocząć realizację projektów, które w relacjach między niemieckimi a czeskimi historykami nadal są nie do pomyślenia. Poza tym zmniejszenie się wzajemnego zainteresowania można potraktować jako przykład pozytywnej normalizacji stosunków: Jeżeli młodzi historycy z obu krajów poświęcają się dziś raczej realizacji nowatorskich projektów w ramach historii krajów bałtyckich, historii Litwy czy też Galicji i Ukrainy, to nie oznacza to zaniedbania innych tematów, lecz jedynie pozytywne rozszerzenie horyzontów.

Nie oznacza to jeszcze, że wszystko jest na dobrej drodze. Po roku 1989, podobnie po roku 2001, problemem pozostaje nierównoważność wzajemnego postrzegania się i wzajemnego zainteresowania. Historia stosunków polsko-niemieckich jest w Niemczech nadal domeną, którą chętnie pozostawia się »specjalistom od Europy Środkowo-Wschodniej« lub – co jest jeszcze bardziej przykre – domeną wspieranych z kasy federalnej badań nad niemieckością. Tylko nieliczni historycy, jak na przykład Jürgen Kocka w Berlinie, dostrzegli we współpracy z polskimi kolegami szansę na sięgnięcie do historiografii porównawczej i wyciągnęli z tego konsekwencje. Jak wygląda współpraca między polskimi a niemieckimi historykami po rozszerzeniu NATO i Unii Europejskiej pod względem naukowo-politycznym? Wydaje się, że w dyskusjach polskich i niemieckich historyków zbyt mało iskrzy, zbyt mało jest kontrowersji, które zagwarantowałyby – jak to zaistniało w przypadku Komisji Podręcznikowej – rozgłos polityczny. Najboleśniej odczuwają to eksperci, którzy w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zaangażowali się w »nasze« tematy i osiągnęli wysoki stopień specjalizacji.

O wiele mniej troski budzi za to pytanie o nowe pola badawcze, o interesujące tematy i profesjonalne źródła. Nie musi nas niepokoić fakt, że nie wszystkie otwarte kwestie stosunków dwustronnych były po roku 1989 opracowywane równie intensywnie. Obecnie i tak wiele pytań i wiele projektów realizuje się z uwzględnieniem innych perspektyw niż stosunki między dwoma narodami. Dziś możemy i powinniśmy już zrezygnować z zasady bilateralności, która do roku 1989 była konieczna ze względów politycznych, ale i produktywna pod względem naukowym, na rzecz badań poświęconych historii lokalnej i regionalnej, a także stawiających pytania wymagające porównania sytuacji wielu narodów.

Każdy z nas inaczej oceni, co jest przy tym najważniejsze. Mediewiści pomyślą zapewne o szerokich pracach porównawczych sięgających od Brandenburgii do Białorusi. Nowożytnicy – o historii stanów i konfesjonalizacji. XX wiek powinien za to na nowo odkryć historię społeczną dla okresu socjalizmu (polską, niemiecką, porównawczą). Dla mnie szczególnie ważne jest ustalenie nowych parametrów porównywania. Zbyt długo pozwalaliśmy na to, by historiografia Europy Północno-Zachodniej mówiła nam, co to właściwie jest »rozwój europejski«, a co należy uważać za »opóźnienie w rozwoju«. Dlatego musimy spróbować zrozumieć polskie i niemieckie »alternatywne drogi rozwoju« (które częściowo się pokrywają) i opisać je porównawczo przy pomocy nowych pojęć. Poza tym słuszna wydaje mi się propozycja Dana Dinera, który w swojej wizji »nowej historii dyplomacji« pragnie zbadać, jakie czynniki poza kwestiami narodowymi i imperialistycznymi określiły współczesne kierunki rozwoju Europy, np. ponadnarodowe forum publiczne, sieć grup religijnych, socjalnych, politycznych czy zawodowych.

Historycy powinni zwrócić uwagę także na to, że dialog w historiografii nie jest tożsamy z rozwojem w znacznym stopniu mocno od siebie oddzielonych pamięci historycznych. Niezależnie od tego, jak bardzo naukowe oceny i wyobrażenia o wspólnej historii polskich i niemieckich historyków zbliżyłyby się do siebie, faktem pozostaje, że Polacy i Niemcy mają zupełnie inne wspomnienia, czy tyczy się to historii II wojny światowej, czy tak oddalonych spraw jak historia zakonu krzyżackiego. Polacy i Niemcy opowiadają każdy swoją historię, także wspólne elementy tej historii opowiadają po swojemu, i wyciągają z tego różne konsekwencje dla swojej postawy społecznej i politycznej, dla swojej wizji przyszłości. Historycy mogą badać, dlaczego tak właśnie jest, z jakich powodów konkretne tematy dostarczają materiału dla zbiorowej pamięci narodu, a także jakie polityczne i kulturalne funkcje mogą pełnić dane formy wspomnień w konkretnym kontekście narodowym. Lieux de mémoire (miejsca pamięci), a przynajmniej te odbiegające od siebie, mogą stanowić pasjonujący temat badań.

Nie można uniknąć tego, że wśród tematów, którymi zajmować się będziemy jutro, pojawią się i takie z przedwczoraj. Historycy starszego pokolenia, którzy przysłuchują się dyskusjom wokół »Wilhelma Gustloffa« Grassa, nie wierzą własnym uszom: można by powiedzieć, że po roku 1945 »nigdy« nie było naukowego ani społecznego zainteresowania problemem wypędzenia Niemców, których los – w imię politycznej poprawności wobec wschodniego sąsiada – był »zawsze przemilczany«, a bezlitosne (żeby nie powiedzieć: »możliwie najbardziej brutalne«) uświadamianie jest zadaniem nauki i jej wkładem w porozumienie między narodami, i tak dalej. Wydaje się, że nasze starania w latach siedemdziesiątych, by uwypuklić związki przyczynowo-skutkowe w katastrofach wspólnej polsko-niemieckiej historii, nie miały zbyt wielkiej siły oddziaływania – przynajmniej nie tak wielkiej, jak mogłoby się zdawać pod koniec lat osiemdziesiątych. Dyskusje o kontekstach naszych narodowych doświadczeń muszą być zatem kontynuowane, a może nawet prowadzone w zupełnie nowy sposób.

      • Seitenanfang